Po co było w sobotę 7 stycznia siedzieć w domu, skoro można było popływać? Właśnie… więc krótka piłka, szybki ogar i wio nad rzekę! Padło na Motławę, co by nie było, że “swego nie znacie”. Start za Pruszczem Gdańskim z miejscowości Grabiny Zameczek, koniec przy kamiennej śluzie przy Opływie Motławy. Około 16 km przyjemnego pływania. Skoro Trzech Króli to i trzy kanady. W Kacprze zasiadali (super)Pol i Orzełek – swym idealnym rytmem płynięcia przyprawiali nas o dreszcze z zachwytu i zazdrości jednocześnie ;). Melchiorem halsowali Tomi, Tymek i Praksa, zaś Baltazarem na końcu nieustraszony sternik Endrju i waleczna Kasia. Dodam tylko jeszcze, że bardzo dumni byliśmy z tego naszego inicjacyjnego wypadu, a wymyślanie nazwy spływu sprawiało nam dodatkową radość (dlaczego ekstremalny? to pytajcie się Andrzeja ;). Ci co zaspali :P albo w ogóle nie planowali płynąć i nie dołączyli do nas – plujcie sobie w brody/za kołnierzyki ;). I nie zapomnijcie zapytać Orła dlaczego musiał krzyczeć: “Tylko nie Pipi!!!”
Warto chociaż raz wybrać się nad Motławę i zobaczyć Gdańsk nie tylko z innej strony, ale też z innej perspektywy (P. Hirsch – polecam ;) ).
zobacz zdjęcia

Zakręconych, ciepłych, zdrowych
Świąt życzymy kolorowych.
Morzkulcówny i Morzkulce
Do całej sprawy podeszliśmy bardzo poważnie. Rekonesans rozpoczął się dla nas już w piątek o 19:00, kiedy to w klubie spotkali się Łukasz „Orzech” Orzeszyna, Wiktor „Kaloryfer” Fikier oraz Marcin „Marian” Grzyś aby roz
począć symulację urodzin. Działaliśmy w stu procentach profesjonalnie, żeby na następny dzień na spływie czuć dokładnie to samo co wszyscy uczestnicy będą czuć za 2 tygodnie – niepohamowane pragnienie… wiosłowania. Całą noc poruszaliśmy ważne tematy dotyczące członków klubu, przemysłu rzeźniczego i kaloryferów żeberkowych. Rano dołączyli do nas Pol, Krzychu, Tomi oraz Rekin i ruszyliśmy w kierunku Niechwaszczy. Sama rzeka była spokojna, zwałek jak na lekarstwo, a miejscami było bardzo płytko. Nie przekonacie się o tym, bo na urodzinach będziemy płynąć Wdą. W sobotę wieczorem rozwieźliśmy się i zostało nas tylko czterech. Opuścili nas Wiktor, Tomi i Krzychu. Przestaliśmy rozmawiać o kaloryferach oraz wyższości boczku nad słoniną i skupiliśmy się na rozbijaniu obozu i dalszej symulacji zachowań urodzinowych (mieliśmy do tego odpowiedni sprzęt w postaci skrzynki). Noc zaczęła się dla nas już o 18:00, mieliśmy chwilę zwątpienia czy dotrwamy przy ognisku do północy, ale niepotrzebnie, skrzynki starczyło do godziny 01:00 dnia następnego.
W niedziele spłynęliśmy jeszcze 13 km Wdą. Istnieje prawdopodobieństwo, że mamy na sumieniu jednego łabędzia. Niechcąco spłoszyliśmy całkiem spore stadko (naliczyliśmy 20 osobników przed sobą). Chwilę później zobaczyliśmy zwłoki przy jednej z przeszkód na wodzie. Możliwe, że jeden z łabędzi nie wystartował wystarczająco szybko i uderzył w brzozę. Nie widzieliśmy tego momentu więc nie wiadomo czy to była brzoza czy coś innego.
Pogoda nas zaskoczyła, było bardzo ciepło, a wiatr wcale nam nie przeszkadzał. Ponieważ wiernie odwzorowaliśmy warunki urodzinowe z czystym sercem mogę powiedzieć, że tegoroczne urodziny będą fantastyczne. Jaki rekonesans takie urodziny!
Ja morze kocham, ja morze szanuję
Ja się na morzu bardzo dobrze czuje…
Ta piosenka przypomina mi się za każdym razem gdy widzę otwarte morskie wody i właśnie z tym nastawieniem 12 listopada ja, Bacha, Rekin i Mateusz, dla odpoczynku po trudach „niepodległościowych” obiadków postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda jesień na Wyspie Sobieszewskiej. Oczywiście jak najlepiej to zrobić, jak nie z perspektywy kajaka:). Zaczęliśmy od oglądania stanu technicznego mostu pontonowego (tu nieocenionym fachowcem okazał się jak zwykle Rekin), potem hałda fosfogipsów w Wiślince, różne przystanie jachtowe i rybackie, aż dotarliśmy do śluzy w Przegalinie. Niestety, czynna jest tylko sezonowo więc korzystając z uprzejmości pana ochroniarza przenieśliśmy kajaki najkrótsza drogą na Wisłę. Pogoda była wspaniała, chociaż w cieniu drzew szron utrzymywał się przez cały dzień. Przy ujściu Wisły do morza czekała na nas niespodzianka, a nawet dwie. Miały czarne oczyska, błyszczące pyszczki , wąsy i nic nie robiły sobie z ciągnących w pobliżu sieci rybaków. Przyglądaliśmy się sobie nawzajem, w sumie nie wiadomo kto komu z większą ciekawością. Foki trzymały dystans, pewnie dlatego, że ich przodkowie z Grenlandii zawsze ostrzegali przed ludźmi w kajakach… Mamy nadzieję, że populacja foki bałtyckiej się odrodzi i będą częstymi towarzyszami naszych morskich wycieczek.
Z morza obejrzeliśmy sobie zachód słońca i już po zmroku dotarliśmy do Górek Zachodnich. Udało się też trochę posurfować na falach (tych morskich i tych po mijających nas kutrach) i z wody zeszliśmy przy blasku księżyca, dwie godziny po zachodzie słońca.
To był piękny, rześki, listopadowy, kajakowy spacerek…
Tomi